piątek, 13 grudnia 2013

karma i love u

przez ten czas od września do teraz wydarzyło się tyle, że jak to mój najlepszy przyjaciel powiedział 'mogłabyś swoimi przeżyciami z weekendu obdarzyć kilka osób'.moje życie jest na nowym torze, zupełnie innym. we wrześniu okazało się, że ktoś kto jest jedną z najważniejszych dla ciebie osób traktuje cie jak śmiecia, przedmiotowo i ma cie zupełnie gdzieś. możesz umrzeć i się nie przejmie. potem był październik i zaczęło się wszystko zmieniać. okazało się, że znam najfajniejszych ludzi świata a muzyka nadaje wszystkiemu sens. że kraków da się lubić szczególnie w słoneczny dzień kiedy jest 15.00 a ty właśnie wybierasz się w poszukiwaniu odpowiedniego lokalu na pierwszy posiłek. potem wracam, jestem 2tyg. chora ale myślę sobie co z tego, warto było. i nagle wracam do swojej nowo podjętej pracy i pracuję, widzę sporo nowych twarzy. psuje mi się komputer, przesiadam się w inne miejsce i poznaję jakiegoś człowieka, faceta. ów facet zadaje milion pytań, większość bez celu i irytująca. ja skupiam się tylko na tym, żeby się wysmarkać i odkaszlnąć kiedy można. drugiego dnia następuje przełom, zaczynamy rozmawiać. rozmowy są bardzo miłe, poznajemy się wzajemnie. zaczynam myśleć, że to fajny facet. kolejnego dnia dowiaduję się, że ma dwójkę dzieci i żonę. z każdym dniem jest co raz lepiej, odnoszę wrażenie że znamy się bardzo długo i nie mamy dystansu. w pracy same sukcesy. wtem jednego dnia okazuje się, że praca to męka i wszystko cie wkurwia. pojawia się decyzja o wypowiedzeniu. partnerem w tej decyzji jest nie kto inny jak najlepszy kolega z pracy. kilka dni później zaczynamy działać. akcja się toczy. znajomość się kręci. w międzyczasie spędzam weekend/ noc z poznanym w lipcu kolegą z UK. jest fajnie, ale może jednak nie. sama nie wiem. było szaleństwo. w poniedziałek zapadła decyzja, że pracuję do 13.12. w środę kolejne przygody z ów kolegą z pracy. szukanie pracy mode on. rozmowa. konkrety. smutek. złość. bardzo zły tydzień, masa zdarzeń i nerwów. ze stresu boli mnie wszystko. przychodzi piątek. z nieskrywaną radością nie mogę się doczekać 14.30. kończę pracę, mało kto mówi że będzie tęsknić jak gdyby nigdy nic. wychodzę. wyszłam i dzwonię, bo poczułam taką potrzebę. zwierzam się z tego co czuję i słyszę ' wpadnę w weekend to pogadamy, dobrze?'.
po dwóch drinkach martini X sprite dochodzę do wniosku, że z całego tego doświadczenia zawodowego są dwie rzeczy; podkrążone oczy i on. ktoś kogo mam wrażenie, że znam od zawsze. ktoś z kim mogę porozmawiać o wszystkim.
 grunt, że jestem szczęśliwa bo jestem!

niedziela, 1 września 2013

22

To już tydzień od kiedy mam lat 22. Przez ten czas niemało się wydarzyło. Począwszy od samych urodzin, które obfitowały w szaleństwo i zabawę skończywszy na planach zawodowych.
22 urodziny zapamiętam do końca życia. Przypadkiem poznałam grupę fajnych ludzi z którymi spędziłam czas urodzin. Byli też moi znajomi i najlepszy przyjaciel ever. W tym szalonym czasie podczas kiedy się wzruszyłam, że mam wkoło siebie najlepsze osoby jakie tylko mogą być a mój przyjaciel to najlepszy przyjaciel jakiego mogę sobie tylko wymarzyć. I to jest prawdziwa przyjaźń, kiedy przytuli i pocieszy. kiedy trzeba to zmobilizuje do działania. Teraz staramy się zrobić coś razem, małymi krokami do wielkiego celu. Chcemy zbudować własną markę i podbić świat. Wierzę, że nam się uda.
Jestem dosyć szczęśliwa, ale nie do końca. Mimo, że w październiku spędzę 4 dni z najlepszymi znajomymi ever, poznam wreszcie pana od przygody polsko- niemieckiej a w listopadzie spędzę weekend z 'miłością' z UK to jest coś co czasem oddychać spokojnie nie daje. Fakt, iż ktoś może cię oszukać i skrzywdzić i nie czuć się winnym. Fakt, iż myślisz że masz najlepszego przyjaciela, że przez wiele lat jest przy tobie zostaje zburzony przez to, że dowiadujesz się że wyznaje twoje sekrety, boleści i dramatyczne przeżycia innym nie robiąc z tego nic. Tu zmienia się nazewnictwo. Jeden zostaje wrogiem, a drugi bardzo dobrym kolegą. Obecnie mam zaufanie do jednej osoby- bff.
Teraz wierzę, że wszystkie najbliższe plany i cele zostaną osiągnięte.

piątek, 9 sierpnia 2013


możesz znać kogoś wiele lat. może ci się wydawać, że wiesz o tej osobie niemal wszystko aż tu nagle przychodzi taki moment, że okazuje się że nie wiesz prawie nic. że ktoś ma drugie oblicze, że potrafi grać na potrzeby sytuacji. wszystko to czego nienawidzę! potem co gorsza okazuje się, że mimo że jesteś obok zawsze to nic nie znaczysz, widzisz jak ktoś spycha cię na drugi plan a potem na dalszy i dalszy. pokazywanie wartości znajomych czy przyjaciół w ich towarzystwie to dno dna i idiotyzm totalny.
i wtem okazuje się, że jesteście sobie obcy, że to tylko żerowanie na tobie i branie co lepszych kąsków.
jak już dochodzi do ciebie co jest grane to jest już troszkę za późno, ale na szczęście wiesz że wkoło są jeszcze ludzi szerzy, bezinteresowni i pomocni. i ci którzy nie zawsze mogli i chcieli być nagle są w stanie zrobić wszystko żeby ci pomóc. możesz się z kimś nie zawsze zgadzać, ale jeśli kogoś akceptujesz i ten ktoś ciebie akceptuje i rozumie to wtedy jest to szczęśliwa przyjaźń. jestem wdzięczna, że wciąż potrafimy w niej trwać razem mimo, że znamy się nie tak przeraźliwie długo.
i dziękuję losowi, że ostatnio podsyła mi wiele bardzo ciekawych, niesamowicie intrygujących mądrych ludzi z pasją.

mniej dziękuję losowi za to, że nie będę mogła spełnić swojego największego marzenia i jestem zmuszona zostać w domu. wierzę jednak, że karma jeszcze wróci.

//nie pomagaj innym a nie będzie ci gorzej.

środa, 24 lipca 2013

summertime sadness

już prawie miesiąc minął od tych długo wyczekiwanych wakacji nad morzem, tak wiele się wydarzyło.

nad morzem było super! pogoda dopisała na tyle, że wciąż  widać mój spalony nos. Byli starzy dobrzy znajomi oraz nowo poznani. Był też mój współtowarzysz podróży, który był już tutaj wcześniej wymieniony. Niestety po jakiś 3 dniach stał się moim wrogiem numer jeden i osobą, której unikałam jak ognia. Tak się stało w skutek tego, że nie potrafił uszanować mojego zdania, że mam prawo się czemuś przeciwstawić. Potem już było tylko gorzej. Na szczęście wtedy szybko okazało się, że są ludzie na których mogę liczyć, że ktoś kogo unikałam i nie miałam do końca najlepszego zdania również uratuje mi mój tyłek. To była dla mnie pewnego rodzaju lekcja i sroga nauczka na przyszłość. Nie chcę zapisywać tutaj szczegółów, wywlekać pewnych spraw gdzieś na jaw bo nie jest to dla mnie miły temat. Ktoś tam wie i może się z tego śmiać i ja również- to taka maska do tego wszystkiego, co wbrew pozorom zostawiło na mnie spore piętno. Nabawiłam się seksualnej awersji do mężczyzn- mówiąc w skrócie.
Zastanawiam się dlaczego ludzie mają takie pokręcone osobowości. Dlaczego tak wiele osób kryje się za maską? Dlaczego jest tak, że na pozór obcujesz z kimś kto jest normalnym, nie budzącym zastrzeżeń człowiekiem a później się okazuje, że ma drugą osobowość. Że tak na prawdę poza tym, że jest dajmy na to kierownikiem działu handlowego a po godzinach namiętnie ogląda porno w Internecie. Skąd biorą się w ludziach takie odchyły od normy? Wiele winien jest temu Internet, to w nim spędzamy tak wiele czasu. Co raz częściej szukamy w nim nie tylko butów czy ubrań, adresu czy biletów lotniczych a także miłości, przyjaźni czy też akceptacji. To nawiązka do obcokrajowca z zachodniej granicy, który też już gdzieś się tutaj pojawił między wersami. To jest tak bardzo złożona osoba, że drugiej takiej chyba w swoim życiu nie spotkałam. Jest inteligentny, mieszka w wielki mieście, ma sporo pasji, jest sympatyczny i ma sporo przyjaciół, własne mieszkanie i pracę. Do tego potrafi o siebie zadbać, porządnie się ubrać. Singiel z wyboru. Prowadzi typowo nowoczesne życie, praca, dom, pasje, w weekendy znajomi i nowe znajomości. Jednak jest druga strona jego osoby- lubi zawierać znajomości poprzez Internet kończąc je zawarciem realnej znajomości, poznaniem się i spędzeniem namiętnego czasu w łóżku. Ciekawe. Swoją drogą ciekawa jestem skąd w nim tyle frustracji seksualnej. Dowiem się już za kilka miesięcy.

I tak najlepszym wspomnieniem jest te kilka koncertów oraz znajomość z prawdziwym z krwi i kości brytyjczykiem, który swoją klasą i charakterem zaimponował mi na wieki. takich chłopców niestety jest za mało a szkoda, liczę na wódkę i britisz akcent!

poniedziałek, 1 lipca 2013

O

Jutro zaczyna się moja tygodniowa przygoda. O godzinie 4.55 wyjdę z domu i zapomnę o wszystkich problemach dnia codziennego, przestanę być więźniem internetu i telefonu. Zacznie się katharsis, o którym marzyłam od tak dawna. Upijmy się, opijmy moje egzaminy, ukończenie szkoły, zamknięcie tych wszystkich etapów w życiu, za te nowe plany. Zróbmy te wszystkie głupie rzeczy do których się w myślach człowiek z wypiekami na twarzy uśmiecha.

Z bardziej przyziemnych spraw- załatwiłam sobie prezent na urodziny. Importowany prosto z Niemiec, 3 dni na wyłączność. Never say never...

środa, 26 czerwca 2013

karma is better

Ten rok zaczął się dla mnie źle. Sylwester- bywało lepiej i lepiej tego nie wspominać. Pierwszy piątek tego roku- kurwa, co się stało, co my narobiliśmy i dlaczego cofamy się w czasie. Potem już brnęłam dalej i dalej w ciemność, gdzie zupełnie nie wiedziałam co robię i czego oczekuję od życia. Nagle któregoś dnia, pod koniec stycznia a może to już bardziej połowa lutego była; przy porannej kawie i przeglądzie Internetu nagle naszła mnie jedna z tych genialnych, niespodziewanych złotych myśli zwana także olśnieniem- to co robię nie ma sensu, nie wrócę do tamtego faceta mimo, że może mi z nim dobrze i tyle nas łączy czy tam łączyło. Odeszłam z tamtej piaskownicy żeby chwilę później przenieść się do innej, a przynajmniej spróbować się do niej dostać. Bardzo się starałam, mozolnie szykowałam na wejście do 'nowej piaskownicy' ale niestety na progu dostałam solidny ładunek wymierzony prosto w twarz. Kosz! I to chyba jedna z tych największych porażek mojego życia, coś z czym nie umiałam się długo pogodzić a nawet teraz to troszkę czuję. ' Wina nie leży w tobie, to nie tak ale kurcze no kurcze nie wiem, cholera nie mogę'. I tak oto pierwszy raz w życiu dostałam poważnego kosza od  faceta. Bolało mnie to 2 miesiące, bardzo intensywnie. Bolał mnie nos, trzustka i żołądek. Zero chęci do życia i czegokolwiek. Aż nagle któregoś dnia gdzieś tam w drodze gdzieś, w pociągu czy na jakimś przystanku tramwajowym zrozumiałam, że widocznie to miało być po coś. Widocznie to miało mi pokazać jaka jestem, że w życiu nie zawsze odnosi się zwycięstwa a także porażki. To miało mnie nauczyć przegrywania i załagodzić moją wrodzoną, chorą ambicję która często komplikuje mi życie. Minęły 4 miesiące od tej pamiętnej sobotniej nocy i wiem tyle, że gdyby  się to nie wydarzyło to nigdy bym pewnych rzeczy nie wiedziała. Nie wiedziałabym jak bardzo wierzą we mnie niektóre osoby, jak łatwo można zepsuć przyjaźń oraz jak mocna ona może być, nie wiedziałabym też jak bardzo mogę się załamać. Mimo, że ta sprawa ciągle nie doczekała się zakończenia, pewne rzeczy nie zostały jeszcze wyjaśnione to wiem, że świat się nie zawalił. I'm still alive and world goes on. My się zmieniliśmy, nasza relacja i całe szczęście, że jeszcze możemy się czasem pokłócić a potem gadać sucharami do siebie. W myślach go często  przeklinam, ale tak na prawdę to jedna z najcenniejszych osób w moim życiu. Takie przeklinanie niczym męża czy żony, ale bez niej to jeszcze gorzej!
 Najważniejszą rzeczą jaką z tej porażki wyniosłam jest nowa znajomość, szalona i spontaniczna. Kiedyś tu wspominałam chyba, że przez 120 czy ileś tam dni wymieniałam maile z facetem poznanym w internecie, gdzie znajomości przyświeca cel spędzenia razem czasu podczas pewnego festiwalu muzycznego. Znajomi jak się o tym dowiedzieli jakiś tydzień temu powiedzieli dwie rzeczy. Sprawdź jego badania i przeszukaj Internet a druga strona, poklepała po plecach i pogratulowała. Z resztą czemu się tu dziwić, skoro to nie pierwsza spontaniczna rzecz jaką robię w swoim życiu, bywały gorsze i z gorszymi konsekwencjami. Dodam, że seks który może się nasuwać na myśl nie był pierwszą intencją tej znajomości. Jeśli coś się wydarzy, nie powiem nie bo przecież jestem człowiekiem i robię TO jak każda inna osoba. Poza tym, chyba fajnie przespać się z kimś kto ma podobne poglądy do twoich a ty lubisz charakter i sposób bycia tej drugiej osoby....zapomniałam, z charakterem się nie sypia. Tak czy owak, jest to moje pocieszenie i odskocznia od tego co działo się przez ostatni czas.
Karma is better? Właśnie pora sprecyzować, bo seks i morze i ogarnięcie w czerwcu po tym po było w lutym to jeszcze nie karma. Karma is better ponieważ jak się okazuje po tych wszystkich miesiącach z płaczem, dramatami, załamaniem, próbą pójścia do psychologa okazuje się, że życie może układać się lepiej.
Dzisiaj pojawiła się ogromna szansa na to, że uda mi się zrobić znaczący krok w życiu i wyrwać się z tego otoczenia chociaż odrobinę. Stoi przede mną wielka szansa życia w Warszawie. Czeka mnie jeszcze mnóstwo telefonów, nerwów i rozmów, ale wiem że mogę i , że los podaje mi ten szczęśliwy los. Co z tego, że dopiero teraz. Teraz wiem czego chcę od życia, znam swoje możliwości, mam więcej rozumu w głowie. Nie mówię, że od razu zacznę się uważać za Warszawiankę bo wiem, że tak nigdy nie będzie ale zaczynam małymi krokami. Od tych małych kroków chcę piąć się dalej, tak żeby nie zmarnować tej szansy. Jestem na siebie odrobinę zła, że dopiero teraz zaczęłam zauważać pewne rzeczy, potencjał i możliwości ale jeszcze wszystko przede mną.
Boję się strasznie, bo to decyzja w jedną stronę bez odwrotu na najbliższe 2 lata. 2 lata w co drugi weekend na walizkach a docelowo na stałe. Będę słoikiem, ale najgorsze jest to że mimo że z rodzicami czasami drę koty i mam ich serdecznie dość coś mnie cholernie przy nich i przede wszystkim przy rodzicach mojej mamy mnie trzyma. Wierzę, że będę mieć w sobie tyle siły żeby to udźwignąć i nie żałować tej decyzji. Może tak ma być, skoro od roku słyszałam od ludzi wtajemniczonych w temat, że mam to zrobić i postawić wszystko na jedną kartę? Ten rok to kolejny trudny okres w moim życiu, ale pora się z tym pogodzić że los nas tak obdarza. Inni mają gorzej, ale wierzę w karmę. Karma może się zmienić tak jak dzisiaj u mnie. Nie pamiętam kiedy tak bardzo się cieszyłam jak dziś.

Dzięki Ci losie i dobrym stworzeniom tutaj wkoło! Czyżby wiara, mozolna praca i starania potrafiły zmienić tak wiele rzeczy na lepsze? Jeśli tak, to życzę tego sobie i każdej serdecznej osobie na długo. Aż nie wierzę w swoje życie, chwilo trwaj!

wtorek, 11 czerwca 2013

a w sercu wiosna

nie wiem ile mnie tu nie było czy miesiąc, czy dwa ale wiem ile przede mną.
Za 21 dni zacznie się moja pierwsza wielka przygoda tego roku, wakacje z facetem którego poznałam jakieś 110 dni temu jak nie więcej przez internet a osobiście w zeszłą sobotę. Fakt, jak bardzo mnie kręci jego osoba w połączeniu z wakacjami, plażą i alkoholem może być niebezpieczny. Mam nadzieję, że będę do końca życia bardzo miło wspominać tą przygodę!!

Druga przygoda będzie miała miejsce w październiku. Tutaj jest już większa przygoda, jak z filmu. On mieszka  na zachodzie, ona poznaje go przez przypadek przez internet. Razem rozmawiają codziennie, o wszystkim...tworzy się między nimi specyficzna więź. Po tygodniu stwierdzają, że na czas jego pobytu w Polsce i wspólnej wyprawy tygodniowej w Krakowie że najlepszym rozwiązaniem będzie zarezerwowanie wspólnego pokoju z jednym łóżkiem. Brzmi dziwnie i w głowie wirują mi różne sceny, mysli ale wiem że będzie dobrze i to będzie największa przygoda mojego życia. To jest jakieś przeznaczenie chyba...

Czuję dziwny rodzaj szczęścia...

środa, 15 maja 2013

próba zostania fit

Jeśli ktoś to przeczyta to uzna, że ze mną jest coś nie tak. Postanowiłam zapisać sobie początek mojej przygody. W miarę upływu czasu będę historię uzupełniać.
W zeszły czwartek postanowiłam zacząć ćwiczenia, tzn. postanowiłam kilka dni wcześniej ale zaczęłam od czwartku. Rano ćwiczyłam 20minut ze Samsung Smart Tv. Na drugi dzień nogi i wszystko inne bolało, ale ćwiczyłam dalej. Może mniej intensywnie, ale coś zrobiłam. W weekend miałam przerwę, ze względu na zajęcia. W poniedziałek znowu, samsung smart tv (20 minut) i jak skończyłam uznałam, że spróbuję sobie a raczej zapoznam się z Ewą Chodakowską. Wpisałam w youtube i zaczęło się. Wykonałam jedno 6 minutowe ćwiczenie. Przeżyłam! Tego samego dnia uznałam wieczorem, że jeszcze poćwiczę i tak jakieś 10 minut przed lustrem zajęło mi ćwiczenie. Wczoraj znowu samsung smart tv i próba skalpela. Skalpel zaliczony do 13 minuty. Dzisiaj nie chciało mi się wstać z łóżka, pomyślałam sobie że nie dam rady ćwiczyć. Zebrałam się w sobie i ćwiczyłam. Cały skalpel za mną. Było ciężko, ale walczyłam. Mam zamiar ćwiczyć do lipca.
Teraz czuję się świetnie, nic mnie nie boli i po tygodniu czuję się bardziej zbita.
To daje szczęscie i wierzę, że wytrzymam!

środa, 1 maja 2013

kwiecień plecień bo przeplata troszkę szczęścia troszkę załamania

Ten miesiąc był dla mnie czasem kiedy było wszystko, szczęście, smutek, radość, tęsknota, spełnienie, zazdrość, nienawiść. I podejrzenie zapalenia płuc.
Udało mi się sporo zrobić. Oddać papiery z praktyk, zainwestować pieniądze w wakacyjny festiwalowy wyjazd, założyć nową stronę/inicjatywę, kupić troszkę ciuchów.
W tle tego wszystkiego rozwija się internetowa znajomość. Od miesiąca, jak nie dłużej wymieniam wiadomości z facetem z którym mam zamiar spędzić wakacje (patrz wyżej:). Im więcej tych wiadomości tym bardziej się to wszystko układa i zacieśnia. Świetny człowiek, bardzo mi kogoś przypomina. Umówiliśmy się na spotkanie zapoznawcze, które zaproponował. Stresa mam przeogromnego. Codziennie skreślam dni, ale niestety troszkę sobie naskreślam bo dopiero w czerwcu to nastąpi. Tak czy owak, nie mogę się doczekać i nawet z największym bólem głowy pojadę na te spotkanie!
A propo spotkań, to nasuwa mi się myśl- czy można się z kimś przyjaźnić nawet jeśli się z tym kimś nie rozmawia i nie spotyka się z nim? No chyba właśnie nie. I tak wracając do wydarzeń ostatnich już dwóch miesięcy ponad (połowa lutego+ marzec+kwiecień) myślę sobie, że to wszystko straciło sens. Nie mam już takiego samego zaufania, dobrego zdania i chęci do tego wszystkiego. Nie wiem, może się to kiedyś zmieni ale jakoś cienia szansy na odbudowanie tego co było kiedyś nie widzę. To nie jest w 100% moja wina. To wina tak samo jego! Nie wiem czy ktoś mu pokazał jakieś nowe zasady i prawa, że nie należy się w takich sytuacjach angażować i do siebie odzywać. Jest mi z tego powodu przykro. I jeszcze fakt, że ktoś inny, kto paradoksalnie powinien być bardziej obrażony czy coś w tym stylu jest bliżej i częściej. Ba, nawet będzie się ze mną widzieć wcześniej niż ten wyżej wspomniany. Smutne to wszystko.

Szczęście, spokój i brak problemów to nie ja.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Irytacja, rezygnacja...

Lista kilku a może dojdzie i do kilkunastu rzeczy, które mnie w ostatnim czasie irytują i przeszkadzają tak bardzo, że skłoniłam się do ich opisania:

1. Przyjaźń, znajomi, relacje towarzyskie.

Po tym jak w Lany Poniedziałek zostałam oczarowana przez cudownego zwyrola o imieniu Łukasz moje życie nie jest już takie samo. Nagle dostrzegam dwie siebie. Jedna to ta, która jak wychodzi z domu to hulaj duszo, piekła nie ma. Druga to ta, która jest zanurzona w swoim świecie marzeń i zdystansowania do rzeczywistości- z boku obserwuje i komentuje sobie pod nosem. Komentuję sobie to i zauważam, że moi znajomi ci z pierwszej ligi to straszni ignoranci a ja nie wiem czemu się z nimi zadaję i przyznaję do tego, że ich znam. Jeden taki typ, co kiedyś był moim bardzo dobrym kumplem, na dobre i na złe nagle jak mnie widzi po bardzo długim czasie nie jest w stanie nawet zapytać co słychać, tylko udaje że mnie nie zna. Ja grałam rolę, że go znam ale jak mi nerwy puściły i zorientowałam się o co chodzi uznałam- daruj sobie, niech zadziera ten nos jeszcze wyżej i gada rzeczy, o których nie ma pojęcia.
Albo drugi taki typ, co nie bał się wiele razy stwierdzić, że jestem jedną z jego najlepszych przyjaciółek. Taka jestem najlepsza, że nawet po tych burzliwych przejściach, zapewnieniach i wielkich słowach nie jest w stanie ze mną rozmawiać, zadzwonić a o spotkaniu już nie wspomnę. Prawie 2 miesiące!
I cała ta reszta, co faworyzuje na moich oczach innych kolegów czy koleżanki. To jest jakiś konkurs? Ileż można patrzeć na najlepszych, najukochańszych, naj naj naj. A potem kolejnej osobie też tak pisze...naj, naj, naj...to najlepszy chyba polega na tym, że jest jedyny i tylko on a nie kilka innych razem z nim. Ludzie to debile!

2. Pogoda

tego raczej nie trzeba tłumaczyć.

3. Moda na odchudzanie, wręcz konieczność i cała ta nagonka.

Otwieram gazetę a tam super diety, środki wspomagające odchudzanie. Internet zalany dietami i super cudami, że schudniesz bez męki. Nie rób nic a zrzucisz. Czuję taką presję, że jak nie będę się odchudzać, nie będę piła tych wszystkich środków na odchudzanie to w lecie nie będę mogła wyjść z domu. Woda z mózgu, albo tiktak zamiast mózgu mi się robi jak na to wszystko patrzę. Sama co jakiś czas mówię sobie, że chcę ćwiczyć, że chcę schudnąć troszkę ale jak patrzę w lustro to myślę też sobie, że nie jest źle- inni wyglądają przecież dużo gorzej. Tak czy owak, od maja mam zamiar chodzić na siłownię i wsiąść po jakiś 7 latach przerwy na rower. Celem nie jest nie wiem jaka masa, rzeźba i nie wiem co jeszcze- kondycja i fakt, że coś robię. Samo nic się nie zrobi a te wszystkie środki, są po to żeby ktoś mógł zarobić- ty ewentualnie kasę.

4. Czasu zapierdalanie, szybkie przemijanie

Wczoraj patrząc w pewne dokumenty zorientowałam się, że już jest połowa kwietnia (!!!). Jak to, przecież dopiero co był styczeń, Sylwester. Nie wiem kiedy ten czas tak szybko zleciał. To mnie boli!

Dobra to żeby nie było, że obecnie moje życie to tylko męka, cierpienie i wieczne dramaty zapiszę sobie dobre strony mojego życia (at the moment):

1. Ja- Internet- sztuka- ludzie

Okazało się, że jednak nie jestem zła w tej fotografii, że coś potrafię i może się to komuś podobać. Wiele razy tak słyszałam, sporo osób mówiło ale ja nigdy w to nie wierzę. Mimo, że często patrząc na zdjęcia mojego autorstwa stwierdzam, no ładne, idealne cienie, jakie symetryczne itp. to chwilę potem stwierdzam, że to moje zdanie i wcale nie jest to takie jakim ja to widzę. Muszę wreszcie w siebie uwierzyć, ale jest mi trudno to zrobić. Od 14 roku życia trzaskam jakieś zdjęcia, a nie potrafię powiedzieć jestem dobra, średnia czy jakaś tam. Jest dobrze, będzie lepiej tylko muszę uwierzyć!

2. Wakacje
Lipiec zapowiada się bajkowo. Tydzień nad Polskim morzem, muzyka, zabawa i pełen luz. Kompan mojej to bardzo miły gość, którego znam od kilku tygodni wyłącznie z Internetu. Nie zmienia to faktu, że nie mogę się doczekać kiedy wreszcie go poznam i jednym samochodem pojedziemy na wakacje. Troszkę jak randka w ciemno- takie same dreszcze, mimo że na randce w ciemno nigdy nie byłam. Przy okazji się okazało, że jeden serdeczny człowiek jest w stanie zawsze mi pomóc i dać mi odrobinę szczęścia- to pokrzepia!

3. Metamorfoza i przemyślany wizerunek

Od zawsze ale od chyba jakiś 7 miesięcy intensywnie zapuszczam włosy. Efekty widać. Ludzie, którzy mnie troszkę czasu nie widzieli zwracają na to uwagę. Podobno przez to wyglądam inaczej i trudno mnie poznać. Czyżby? Reszta zmiany to bardziej przemyślany wizerunek. Kiedyś moje stroje były totally black. Wszystko czarne, przez cały rok. Po żałobie miałam dość i od tego czasu nie noszę totally black outfits ale nie znaczy, to że czerń uwielbiam. Zmieniam garderobę, sporo rzeczy wywaliłam, część sprzedaję. Kupuję nowe. Staram się realizować to co zawsze miałam w głowie- totalny minimalizm. Czy się spodoba innym, zobaczymy.

4. Lista celów, kolejno ich odhaczanie.

Nic nie daje radości tak wielkiej jak spełnienie. Skreślanie kolejnych marzeń, osiągnięć i celów. I'm lovin it!


ogólnie jest chujowo, ale stabilnie.

sobota, 30 marca 2013

marzec



bardzo szybko zleciał ten miesiąc, sama nie wiem kiedy.

a działo się, hm:
- dobra passa finansowa,
- uregulowanie praktyk,
- przytycie/ tycie,
- wieczne przygnębienie,
- pogodzenie się z faktem, że niektórzy ludzie to idioci,
- dobra znajomość, idealna na wakacje,
- odliczanie do lipca,
- nauka,
- wieczne przygnębienie,
- żadnych imprez i towarzyskich spotkań.

kwiecień będzie ciężki.

poniedziałek, 18 marca 2013


miesiąc już minął od tej dramtycznej tragedii.

w tym czasie się nie widzieliśmy, nie było żadnej sensownej i treściwej rozmowy.
nic nie jest takie jak kiedyś.

wszystko nie tak jakbym chciała.


sobota, 9 marca 2013

dystansowiec


Na wiosnę się ludzie zakochują, nie ja! wręcz przeciwnie, przechodzę bardzo obojętnie obok płci przeciwnej. Nie patrzę nawet jeśli ma piękne buty i kości policzkowe- mam Was wszystkich w dupie!
Jedyne czego od Was chcę to seksu i chwilowej bliskości, bez reszty dam sobie radę. Sama! S_A_M_A!
Dam sobie radę bez Was wszystkich- potrafię wszystko jak się okazuje, nawet ogarnąć rzeczy najmniej możliwe.


//jest chujowo, ale stabilnie. już nie płaczę, ale przygnębienie i smutek wciąż mam wypisane na twarzy. kiedyś się odbiję od tego jebanego dna.
/ niedaleko mojego domu jest przychodnia psychologiczna, na NFZ! Może pomoże.
// wyznaczyłam sobie kolejny cel, bo jak nie mam jakiegoś celu do którego z każdym dniem dążę to czuję się nieswojo. Cel- opener.

// od poniedziałku, ćwiczenia i rower. Podejście 150264236, ale znowu wierzę, że wytrzymam do lata. <śmiech>

piątek, 1 marca 2013

luty miesiącem porażek



Luty:
- wielkie rozczarowanie, spierdolenie przyjaźni,
- załamanie,
- Kraków,
- nie dostanie się na praktyki,
-  odwieczny problem z szukaniem pracy,
- utwierdzenie się w przekonaniu, że niektóre znajomości to już zamknięty etap.

To był straszny miesiąc. Marzec zaczyna się niewiele lepiej.
// I hate everything.

niedziela, 24 lutego 2013

Na drugi raz nim coś powiem, wyznam komuś to się 10 razy nad tym zastanowię. A najlepiej to zachowam to dla siebie! Oszczędzę sobie wtedy niepotrzebnych łez, nerwów, nieprzespanych nocy, zmarnowanych dni, braku apetytu i wypalonych w niepoliczalnych ilościach papierosów. Nienawidzę siebie za to! Za tę głupotę!
Dostanie kosza boli mnie podwójnie- jako kobietę i jako bardzo ambitnego człowieka oraz przyjaciółkę. No, to czyli potrójnie. Jako kobietę w sensie takim, że nie czuję się atrakcyjna dla kogoś, że nie patrzy na mnie w takiej kategorii jakbym chciała. Jako ambitny człowiek- zawsze dostaję to czego chcę, wyznaczam sobie cel i do niego dążę i z reguły zawsze dostaję to co chcę. Nie potrafię przegrywać, porażki zawsze w każdej dziedzinie wpływają na mnie negatywnie. Nie nauczyłam się przegrywać i wychodzić z podniesioną głową nawet kiedy przegrana była słuszna. Ciężko mi z tym czasem- teraz szczególnie. Trzecia strona cierpienia jest najgorsza- boję się, że wszystko spierdoliłam. Boję się, że to co było już nie wróci, bo się wystraszy albo będzie żyć z myślą 'wycofam się bo nie chce nikomu robić nadziei i ranić drugą stronę'. A przecież to ja wydaje mi się powinnam tak się zachowywać. Przestać go lubić, unikać i mieć gdzieś- tak nie jest i obiecuję sobie, że tak nie będzie.
'kiedyś mi przejdzie, bo przecież z tym da się żyć i na to się nie umiera...'

czwartek, 7 lutego 2013

życie to jest film

w niedzielę zobaczyłam film 'like crazy'. miałam go od jakiegoś czasu na liście filmów do obejrzenia i ciągle zastanawiam się dlaczego. zabrałam się za niego dopiero w niedzielę. nie wiedząc w sumie nic o tym filmie obejrzałam. i z każdą minutą filmu pojawiały się kolejne olśnienia- to tak jak u mnie, też tak miałam, też bym tak zrobiła. utożsamiałam się z głównymi bohaterami, nawet z facetem! aż film dobiegł do końca, zakończenie. wtedy nagle miałam gotową odpowiedź na swoje życie, na dany moment.
film i jego zakończenie mogę tak podsumować: stara miłość a nawet nie ta stara z czasem rdzewieje i ma się jej dość, nie chce się do niej wracać a nawet nie ma do czego bo się wypala. jak u mnie.

u mnie jest jak w tym filmie, tylko kolejność troszkę inna. jest dwóch facetów. jeden to B. którego znam od września 2009, drugi to M. którego poznałam pierwszy raz w sierpniu 2010 a potem w maju 2011.
pierwszy to miłość od pierwszego wejrzenia, chora fascynacja. miesiąc po poznaniu się zdecydowaliśmy się być razem, żeby na drugi dzień się rozstać, zawiesić związek i popracować nad sobą- ja matura i wszystko wkoło, on magisterka do tego odległość jakiś 75km czyli jakieś godzina i 45 minut w pociągu z jedną przesiadką. i mieliśmy wrócić do tematu w maju, ale jakoś tak się nie stało. czas płynął dalej, aż ja spotykałam się z jednym facetem, potem z drugim. w kalendarzu zmienił się rok. na jakiś czas uznałam, że nikogo nie chce i żyło mi się z tym dobrze- ale zawsze w myślach był B.
potem znowu przez jakiś czas z kimś się spotykałam, byłam w pewnej relacji którą szybko zakończyłam. odcierpiałam swoje i tak po pół roku stwierdziłam, że nadal chce B. powiedziałam mu o tym, ale się tym nie przejął. na nic wielkiego też nie liczyłam. zajęłam się sobą. pracą, szkołą, własnym życiem. nie miałam czasu na myślenie o związkach, nie potrzebowałam tego. aż w pewnym momencie zaczęłam mięknąć. były dni kiedy wracając z sukcesami zawodowymi do domu myślałam sobie- chciałabym się tym cieszyć z kimś, otworzyć wino i cieszyć się tym razem. niestety, na drugi dzień znowu szłam do pracy a jedyną osobą jakiej o tym mówiłam to mama i M. czas leciał aż znowu kalendarz wybił nowy rok, 2013!
nagle zaczęło gdzieś się pojawiać coraz więcej M.- przyjaźń idealna. był i jest zawsze, na każde zawołanie. nigdy niczego nie oczekuje, nie krytykuje, nie chce nic w zamian. akceptuje mnie taką jaką jestem. powoli łapałam się na tym, że myślałam sobie- ach, jak to dobrze że ktoś we mnie wierzy, że mnie tak bardzo wspiera a przy każdej mojej złej decyzji nie krytykuje. po takich myślach i przyzwyczajeniach pojawiła się potrzeba bycia z kimś, z kimś właśnie takim!
aż nagle był Sylwester 2013, gdzie niektórzy wzięli mnie i M. za parę co wywołało  na nas presję- a nigdy o tym nie rozmawialiśmy. do czasu. po północy, żeby nie psuć nastroju zebrałam się w sobie i zapytałam go jak to jest. nie wiedział co powiedzieć, bał się. pamiętam, że powiedział nie myślę o związkach bo muszę się skupić na sobie. powiedział to bardzo asekuracyjnie. nie było mi przykro.
kilka dni po sylwestrze pojawił się znowu B. co jakiś czas się widzimy, jesteśmy w lepszym czy gorszym kontakcie. i nagle on łapie mnie za rękę, całuje i daje mi nadzieje, złudną nadzieję. pytam się go, co my robimy, na co odpowiada, nie pytaj co tylko ciesz się chwilą. niestety nie cieszyło mnie to. mimo, że gdzieś tam czekałam na to 3 lata i równo 4 miesiące. wiedziałam, że jak wrócę do domu to wszystko znowu będzie po staremu. jestem i byłam za bardzo pogodzona z tym, że nigdy z nim nie będę. bo on ciągle gdzieś musi uciekać, z nim nie ma pewnego jutra. nic się nie zmieniło po tamtej nocy. jedynie to, że byliśmy niemal codziennie, co dwa dni w kontakcie. aż do piątku. w zeszły piątek ostatni raz rozmawialiśmy, od tego czasu cisza.
w tym wszystkim dochodzę do wniosków, sama przed sobą że B. to tylko facet, który myśli typowo penisem. nigdy nie ukrywał, że chciałby się ze mną przespać. ostatnio dałam mu nawet cień szansy, ale wiem że nie mogłabym tego zrobić. nie chce być dla kogoś tylko ciałem, które można zabrać do łóżka. chciałabym żeby dostrzegał we mnie coś więcej niż dupę, cycki i pochwę! nigdy nie dał mi takiego poczucia, że jestem wyjątkowa i ważna dla niego, nigdy!
a M. ? łączy nas muzyka, a poza muzyką wspaniała przyjaźń. możemy całe dnie rozmawiać o niczym i jest nam miło. rozmawiamy codziennie, nawet jak jest na drugim końcu Polski to wysyła mi sms- strasznie mnie to cieszy, bo wiem że o mnie myśli.
więc w czym tak na prawdę jest problem? problem jest w tym, że M. to mój przyjaciel, nie wyobrażam sobie życia bez niego. jednocześnie chcę z nim być, chce być jego dziewczyną, chce być jego najważniejszą kobietą, oddaną i kochającą a z drugiej strony chcę zachować tę przyjaźń. boję się zaryzykować, nie wiem jak przełamać tą barierę i mu to powiedzieć. chociaż w sumie nie wiem czy bardziej nie boję się odrzucenia.
bo w tym właśnie tkwi ambaras, żeby dwoje chciało na raz...ale przecież wszystkie pisemka dla kobiet i telewizje śniadaniowe głoszą, że dobry związek powinien opierać się na przyjaźni. tą solidną podstawę już mamy, jak i wiele wątków wspólnych. uda się czy się nie uda?
skoro wybieram M. to co z B.? nadal będziemy się przyjaźnić, nic się nie zmieni. jedynie to, że nigdy nie zobaczy mnie w swojej pościeli. będzie mieć też pewność, że nigdy nie będzie moim facetem, że jedyne co nas łączy to przyjaźń i wzajemny pociąg seksualny. jedyne co nas łączy to właśnie ta chora fascynacja, która prowadzi do łóżka [ zawsze będzie dla mnie kimś bardzo ważnym i zawsze go będę sznować]. serio, jak postawię obok siebie B. i M. to jak zestawić biedne kraje Afryki z tymi najbogatszymi na świecie. różnią się diametralnie, jeden dobry drugi zły.
najważniejsze  co o B.  mogę powiedzieć, to że  z nami jest jak w tym filmie 'like crazy'; w pewnym momencie miłość wygasa i nawet nie chcę się iść ze sobą do łóżka.

to jest jakby pożegnanie z B. nie chcę nigdy więcej o nim wspominać na tym blogu w ilości większej niż dwa zdania złożone.
mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi z tym właściwym osobnikiem i zakończy się...happy endem.

piątek, 1 lutego 2013

koniec stycznia

jeśli miałabym podsumować ten miesiąc i wymienić co się wydarzyło to wymienię:

-sylwester, dziwne zdarzenia, wieczór wielkiej walki samej ze sobą. ogólnie na większy plus niż się spodziewałam,
- spontaniczny wypad do krk i zmiana życia o 180stopni, powrót wszelkich wspomnień z przeszłości, wszystko w myśl stara miłość nie rdzewieje, jakieś tam małe kroki,
- kino i zachowanie ponad normę, bardzo grzecznie,
- rozmowa kwalifikacyjna w byłej korporacji, w konkurencyjnej firmie, zażenowanie ludzkim zachowaniem i brakiem moralności,
- bardzo dobrze, lepiej niż się spodziewałam zdana sesja zimowa

myśli/ rozważania:
- czy warto zaryzykować przyjaźń dla związku?
- zabawne, że ktoś z kimś kiedyś się przyjaźniło i mogło przegadać całą noc staje się nagle kimś od kogo nie chce się odbierać telefonu i rozmawiać dłużej niż minutę,
-czy stara miłość nie rdzewieje i warto wracać do przeszłości?

niedziela, 27 stycznia 2013

kolejny weekend za mną, cały tydzień mieszanych uczuć i wielu wątpliwości.
wczoraj patrząc w podłogę i gdzieś za okno opowiedziałam chaotycznie, niekompletnie i bez szczegółów całą tę głupią historię miłosną, która nie ma końca. nie było to łatwe, ale jakoś dałam radę.
pytanie: co decyduje o tym, że zakochujemy się w tej a nie innej osobie? jak to możliwe, że ktoś jest się  nam w stanie spodobać w ciągu kilku sekund. co nami w takich momentach kieruje?

pytanie nr2: czy warto wracać do kogoś z przeszłości? czy można wchodzić drugi raz do tej samej rzeki? czy to, że coś raz się skończyło oznacza że drugi raz nie powinno się zdarzyć?

stwierdzenie: pewne znajomości/ relacje zawsze były i są w naszym życiu po coś. dzieki nim wiemy więcej i nie stoimy w miejscu.

Sama już nie wiem kogo słuchać, co robić. Nie wiem czego chcę. Jednego dnia mam ochotę iść długą i okrężną drogą, pod górę w największych męczarniach a drugiego nie jestem w stanie się ruszyć i nic nie chce i nic też nie robię..parafrazując to wszystko.

Boję się swoich myśli chociaż część z nich jest dość optymistyczna. Wszystko co nie jest związane z emocjami jest idealne.

środa, 23 stycznia 2013

niedziela.

troszkę mi zeszło z zapisaniem swoich myśli.
niedziela była bardzo fajna, mimo że nie powiedziałam tego co chciałam. nawet nie żałuję że nie odbyła się ta rozmowa, teraz nawet tak jest lepiej. wolę poczekać na lepszy moment, nie wzburzać wody w szklance...

przez godzinę trzymaliśmy się za rękę. czułam, że oboje chcemy się za nią chwycić, ale jak dzieci wstydzimy się. a jak już do tego doszło poczułam się znowu, jak zawsze. przez pierwsze pięć minut dreszcz, potem ogromne poczucie bezpieczeństwa i radość.
potem już normalnie jak zwykle, bez ekscesów. z myślą z tyłu głowy, cieszę się że tak dobrze jest, tak zabawnie i na luzie.

po takim jednym dniu, jak zwykle radość na kilka następnych. nie chcę się nawet zastanawiać nad tym co dalej, czy dobrze robię czy będę potem znowu płakać. wiem jedno, troszkę się boję. boję się tego co spotkało mnie już kiedyś i dało nauczkę na długo- nigdy nie bądź dla kogoś tylko osobą, bądź wszystkim czym tylko możesz. to najtrudniejsze do zrobienia, strach przed ponownym skrzywdzeniem tego typu. żyjemy dalej, w słodkiej nieświadomości. naprawdę jest mi dobrze.
cudowne uczucie, kiedy zaraz po wyłączeniu dźwięku budzika dostajesz sms i wiesz, że ktoś pamięta i wierzy w ciebie...


i cieszy mnie to, że osoba z kilku postów wstecz też ma się dobrze i układa sobie życie po swojemu, według swojego scenariusza. takie to życie zabawne i przewrotne. nawet nie wiesz kiedy, jak i z kim...

sobota, 19 stycznia 2013

try...

jutro stawię czoła swojej najbliższej przyszłości.
dowiem się na czym stoję czy znowu mi się coś ubzdurało i coś mi się źle wydaje. dowiem się, ile jesteśmy dla siebie warci...
dziwne uczucie, kiedy umawiasz się z kimś na spotkanie, randkę i musisz zaplanować miejsce, godzinę i najważniejsze w co się ubierzesz. trudno jest podobać się komuś tak jak sobie.

wtorek, 15 stycznia 2013

what the hell?

wczoraj wieczorem, pisząc kilka smsów do mojego przyjaciela Maćka. powiedziałam mu, że moje życie tak mnie ostatnio zaskakuje że nie wiem co się może stać i co mam robić. na całe szczęście nie użyłam zdania 'boję się przyszłości, boję się cokolwiek planować'.
dzisiaj się zastanawiam do czego moje życie zmierza? bo już sama nie wiem czy jestem dla kogoś ważna, czy mam o kogoś walczyć, czy mam pokazywać że mi na nim zależy. nie wiem, bardzo nie wiem i chciałabym żeby mi wreszcie ON powiedział co dalej. nie wiem co robić, co mam mówić i jakie dobierać słowa.
sama nie wiem czy mi zależy na nim czy nie. gubię w tym wszystkim.
jedno co wiem, to to że prawdą są jego słowa sprzed prawie roku, że on to jest taki duży dzieciak co sam boi się powiedzieć co czuje. bardzo nie wychodzi mu mówienie o uczuciach, nawet tych najprostszych.

co ja wyprawiam ze swoim życiem?

sobota, 12 stycznia 2013

musztarda po obiedzie, którego nie było...

miał być obiad w niedzielne popołudnie. miałam w planach zwolnić się wcześniej z zajęć i się z nim spotkać, na obiedzie. ja miałam stawiać w ramach spłaty długu. pomalowałam paznokcie. umyłam włosy i je ładnie wystylizowałam, mimo że nienawidzę myć włosów codziennie. przyszykowałam sobie strój. wybrałam restaurację. ale on znowu, że nie da rady...
czego ja się spodziewałam- ósmego cudu świata, cudownego objawienia i przemiany? chyba nigdy się od tego nie uwolnię, od tej cholernej, pierdolonej nadziei. teraz mam kaca, moralnego. po tygodniu, po tym wszystkim. fajnie się bawiłeś, ale na więcej musisz sobie bardzo mocno zasłużyć.
wracam do punktu wyjścia, ten rok zaczyna się inaczej. nic się nie wydarzyło, początku nie było.
zaczynam od nowa, od jutra!

ciągle wraca do mnie zło z przeszłości o którym chcę zapomnieć, ale każdy facet musi mi je przypominać.
NIENAWIDZĘ SIEBIE ZA PRZESZŁOŚĆ!

środa, 9 stycznia 2013

codziennie w kontakcie.
on bardziej się stara, pierwszy się odzywa.
ja jestem księżniczką z kaszlem, katarem i bolącym gardłem.
czy tak rodzi się miłość?
czy to właśnie praca nad związkiem?
to jest to słynne staranie się?

za prawie miesiąc będą walentynki, dzisiaj sobie to uświadomiłam.
byłabym najszczęśliwszą kobietą świata gdybym mogła je spędzić z kimś bliskim.
po raz pierwszy w życiu, z kimś na kogo czekam tak długo.

troszkę temu wszystkiemu nie dowierzam, nawet bardziej niż troszkę.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

ja cię kocham a ty śpisz...

cisza to coś czego nie znoszę. nie lubię jak siedzę w cichym domu, jak w ciszy podróżuję. jedyne co lubię w ciszy to być z kimś bardzo blisko. wtedy wiem, że nic się nie liczy i mogę się daną osobą nacieszyć.
nie lubię też jak ktoś się nie odzywa. dzisiaj rano wysłałam mu sms, że dzisiaj już wszystko dobrze, że wczoraj miałam słabszy dzień i dlatego się tak nad sobą użalałam. na koniec życzyłam mu miłego dnia. wiem, że był rano na FB, że do tej pory już na pewno przeczytał tego smsa ale się nie odzywa. w takich momentach mam sporo dziwnych myśli i wyobrażeń, od zawsze tak mam. ale czekam i wierzę, że się zrekompensuje. znowu jak ta wierna żona marynarza.
po tym piątkowym wyskoku wiem, że mogę jedynie to wszystko podsumować wyznaniem, że może na mnie zawsze liczyć o każdej porze dnia i nocy, że chciałabym żeby był bliżej mnie. bo wiem, że nic innego nie mogę zrobić.
chcę go jeszcze w ramach małej rekompensaty hehehe, zaprosić do kina. Ale to dopiero w przyszły wtorek albo środę. w weekend się nie spotkamy, bo ja jadę do Warszawy a on musi ogarnąć sytuację na miejscu. troszkę żal bo to nasze miejsce, nostalgicznie będzie ale zapalę sobie papierosa, westchnę i pójdę dalej. troszkę zdziwiła mnie ta decyzja, ale przecież po tych 3 latach i 4 miesiącach powinnam przywyknąć.

PISZĘ TO OD GODZINY...CISZA!

sobota, 5 stycznia 2013

to co wcześniej pisałam, że nie chce go widzieć to nieprawda!
zobaczyłam go, w całej krasie!
teraz wiem, że to największa miłość mojego życia, że zawsze będzie mi na nim zależało.
wiem, że się zarzekałam że nigdy się nie zbliżymy fizycznie do siebie, że nigdy przenigdy nic nie będzie ale stało się. Serca i rozumu nie oszukasz. wierzę, że oboje tego chcieliśmy że to nie było przypadkowe. po tylu latach czekania na ten jeden konkretny moment właśnie z nim wiem, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. mimo, że to było bardzo jednorazowe to wiem że nigdy nie będę tego żałować. cokolwiek bym nie robiła, z kim bym nie była to zawsze najważniejszy będzie on! nie ma lepszego prezentu niż to, że mogę z nim spędzić noc. cokolwiek on sobie myśli to wiem, że nie żałuję i cieszę się z tego co było.
przed nami kolejny weekend...ciekawe co tym razem się stanie.

wtorek, 1 stycznia 2013

w oczach mam łzy, chce mi się płakać. to wszystko myślę sobie nie jest smutne na całe szczęście, ale bardzo przytłaczające. wiem, że mam tak wiele i jeszcze wiele mogę w tej znajomości zbudować, wnieść i wynieść z niej. ten rok poświęcę na budowanie mocnej, jeszcze mocniejszej relacji z nim.
sylwester? zostanie w pamięci na zawsze...